[ Home | Czytelnia | Warsztat | Forum ]

Powrót do czytelni
:: Edukacja muzyczna, czyli co dobry rodzic wiedzieć powinien ::

by
Krzysztof Łobodziński;

opracował: Robert Wysocki

Dzień dobry bardzo! Na dzisiejszej lekcji będziemy przerabiać temat edukacji muzycznej u dzieci w wieku przed-przedszkolnym....że co? że pan się nie przedstawił? Aha, no to przepraszam. Jestem Krzysiek i będę Was uczył przez najbliższe czterdzieści lat. Nie, synku nie płacą mi za to. Że co? Że głupi jestem... Schodzimy z tematu :) No więc porozmawiajmy o dzieciach... Jeśli dobrze pamiętacie, to takie gwiazdy jak Chopin i inne chłopaki, kształcili się muzycznie od dzieciństwa. No tak, ale oni się urodzili w muzycznych rodzinach, i ich od dziecka maglowali, gdyby to po nowemu powiedzieć. Zresztą to było wieki temu, wtedy były inne czasy prawda? To niech mi ktoś wytłumaczy dlaczego dzisiejsi nadgorliwi rodzice posyłają dzieci do najlepszych (i najdroższych) nauczycieli 6 razy w tygodniu, każą ćwiczyć do bólu, i chcą sobie wychodować Szopenów? Powiecie że gadam bzdury, kiedy ja naprawdę znam takie przypadki... I to wcale nie w muzycznych rodzinach, tylko u tych mamuś i tatusiów którzy myślą że "na starość" zwrócą im się czterokrotnie włożone w edukację pieniądze, a nie dość tego będą sie mogli po jarmarkach chwalić "jakie to mają zdolne dziecko". To absolutnie błędny kierunek.

Ale jest też drugi biegun, całkowicie odmienny, aczkolwiek równie niedobry. Ten biegun nazywa się ZA-BRA-NIA-NIE, a polega na tym iż rodzic który u dziecka odkryje zapędy muzyczne, ot choćby nieprzemożną chęć uderzania w garnki do rytmu, natychmiast odeśle go do lekcji, albo użyje argumentu "Idź pograj z chłopakami na podwórku (w piłkę)". To są dwie strony monety. Ja natomiast się przekonałem że moneta, jak utwór muzyczny, czy artykuł prasowy, ma początek, środek i zakończenie.

Gdzie szukać środka? Otóż pierwsza zasada: nie należy przesadnie wariować. Jeżeli zobaczymy że dziecko jest zainteresowane muzyką na poziomie większym niż przeciętny, nie oznacza to że powinno na czymś grać, w końcu ktoś musi być krytykiem muzycznym :) W takim wypadku należy przejść się z dzieckiem do szkoły muzycznej, albo do dobrego salonu muzycznego, tak jak jeden na Piotrkowskiej w Łodzi, w którym pracują ludzie którzy wiedzą coś o muzyce, a nie służą do nabijania rachunków. Wydaje mi się że lepszym rozwiązaniem jest najpierw zaprowadzić dziecko do sklepu muzycznego. I nie bierzcie ze sobą żadnych pieniędzy, chyba że na lizaka. Dlaczego do sklepu, i dlaczego bez pieniędzy? Ponieważ w sklepie muzycznym jest pełen wybór instrumentów, począwszy od zacnej gitary, na whistlu skończywszy. Dziecko ma wtedy możliwość poznania wszystkich instrumentów, pooglądania, posłuchania.

Oczywiste jest że kilkuletnie dziecko, nie jest w stanie samemu wybrać sobie instrument, aczkolwiek może czuć jakąś sympatię do jednego. Miejmy nadzieję że do gitary. Załóżmy że jesteśmy już po wizycie w sklepie, lizak kupiony, wracamy do domu. I tu się trzeba zastanowić co robić dalej. Mamy kilka możliwości, rozważmy je po kolei: Szkoła muzyczna. Przez wielu chwalona, przez wielu krytykowana. Posiadanie dyplomu szkoły muzycznej wcale nie świadczy o praktycznych umiejętnościach, aczkolwiek nauczanie ogólnomuzyczne, rytmika, itp. mogą się przydać.

Przez pierwsze lata nauki jest właśnie taki tok nauki, dopiero potem wybieramy instrument, jest więc czas na utwierdzenie się, lub zmianę zdania. Potem może być za późno. Drugim wariantem, są prowadzone przez niektóre domy kultury kółka muzyczne dla małych dzieci. Jestem zdecydowanym zwolennikiem takiego rozwiązania, ponieważ podczas takich kółek dziecko przebywa ze swoimi rówieśnikiami, a to zdecydowanie sprzyja procesowi kształcenia. Należy jedynie zwrócić uwagę na opiekuna, bądź opiekunów takiej grupy. Taka osoba musi być "z muzyką na Ty", i wcale nie jest konieczne posiadanie dyplomu szkoły muzycznej. Musi oczywiście być również dobrym pedagogiem, musi sobie umieć radzić z dziećmi. Jeżeli w waszym domu kultury jest takie kółko, to spróbujcie zapisać na nie Jasia (albo Małgosię, nie dyskryminuję kobiet). Nauczyciel z pewnością zaprosi Was na pierwsze zajęcia, byście mogli poznać jego metody i sposób obchodzenia się z latoroślami, jednak na następnych lekcjach lepiej żeby Was nie było, bo każde dziecko wstydzi się bardziej swojej rodziny, niż kogoś obcego.

Trzecim wariantem jest indywidualne kształcenie muzyczne, czyli osobisty, domowy nauczyciel. Takie rozwiązanie ma swoje zalety, ponieważ kształcona jest tylko jedna osoba, a nie cała grupa, jest to jednak również duża wada, bo możliwość konkurencji, porównywania się z innymi dziećmi, będzie bodźcem do częstszego ćwiczenia. Wybór tej metody jest wskazany, gdy na przykład dziecko należy do chorowitych, wtedy oczywiste jest że podczas choroby straci parę zajęć z grupą, a nauczyciel może przyjść w każdej (prawie) chwili. Jest to jednak również najdroższa metoda...

No dobrze, jedziemy dalej. Założmy że nasze dziecko jest już zapisane na kółko muzyczne, uczy się nutek, słucha melodyjek, wszystko pięknie. No ale kiedyś wreszcie musi nastąpić moment rozpoczęcia nauki gry na instrumencie. Wtedy domy kultury zazwyczaj mają nam do zaoferowania kółka np. gitarowe, albo pianistyczne, czyli grupy dla dzieci które chcą uczyć się gry na tym samym instrumencie. Pozostaje nam zapisać dziecko na takie kółko i patrzeć na efekty. Jeżeli w pewnym momencie uznamy, że idzie mu dobrze, a co najważniejsze robi to z pasją (byle nie szewską) i chciałby to robić przez dłuższy czas, możemy pójść do szkoły muzycznej, oczywiście jeżeli mamy pociechę w odpowiednim wieku. Tam już się nim odpowiednio zajmą. Rola rodzica jest bardzo duża. Musi on, po powrocie dziecka z zajęć dbać o zrobienie zadań domowych, ale przede wszystkim o ćwiczenie! ĆWICZENIE to podstawa!

Dziecko musi mieć w domu swój własny kąt, w którym będzie stał instrument, i będzie mógł przechowywać nuty, oraz wszystkie inne potrzebne rzeczy. Ważne jest żeby miało miejsce do ćwiczeń, w którym absolutnie nikt nie będzie mu przeszkadzał, musi mieć po prostu osobny pokój.

Chyba przedstawiłem najkrótszą drogę do edukacji muzycznej dziecka. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie napisał o sobie, wszak żywe dowody są najlepsze. Edukację muzyczną rozpocząłem bardzo późno, chyba w wieku 11 lat, nie wcześniej. Wcześniej owszem miałem jakiś rosyjski drewniany flet, ale umiejętności co do niego - zero. Właśnie w wieku 11 lat, rodzice kupili mi drugie klawisze (pierwsze mierzyły 30 cm, i były z jakiegoś marnego katalogu wysyłkowego). Ach Boże, co to był za sprzęt. Chyba Casio, nawet nie pamiętam. Może troche dłuższy od mojej ręki. Z 50 gotowych melodii, tyleż samo instrumentów i rytmów. Włącznik, klawisze i mały wyświetlacz, w czarnej obudowie. To było to co mnie tak fascynowało. Jakież było moje zdziwienie, kiedy usiadłem do instrumentu, zacząłem grać, i przekonany o swoim talencie... tworzyłem kakofonię.

Jakiś czas potem miałem paru domowych nauczycieli, po kolei: jakiś młodzian, u którego zażyłem jednej cennej lekcji: jak nazywają się klawisze. Dalej było dla odmiany paru staruszków, no i czegoż się można było po nich spodziewać, jak nie nauki "Czerwonego jabłuszka". Po nocach mi się to śni... Ble! Drugi zaś chciał mnie nauczyć czterdziestu walców. Co ja biedny miałem zrobić, zrezygnowałem z jakiegokolwiek nauczyciela i z pliczkiem pieniędzy poszedłem do sklepu muzycznego, nakupować parę kilogramów nut.

I w ten prosty sposób, rozgryzając nutka po nutce, akord po akordzie nauczyłem się grać na klawiszach. Taki "prawie samouk". Potem w szkole zaczęli mnie uczyć grać na flecie. Przerażające było słuchać trzydzieści razy tej samej melodii, w jakże odmiennych wykonaniach. Ja nie wyniosłem z tej nauki nic oprócz znajomości "obsługi fletu". Po zakończeniu tego okresu w moim życiu, nauczyłem się wreszcie porządnie grać na flecie. Podobnie na akordeonie. Wychodzę z bardzo nieskromnego założenia: pokaż mi jak się na tym gra, a ja ci to zagram. Jaaaaaaaaaakiś czas temu znudzony ciągłym oglądaniem klawiszy (niczym w zakładzie karnym) zainteresowałem się 97 centymetrową, brązową istotą mającą główkę i szyjkę na swoim miejscu. Tak! Zainteresowałem się gitarą :) I odkryłem że jest to najpiękniejszy instrument na świecie.

Tą lekką, kilkunastowierszową dygresją pragnę zakończyć mój pierwszy artykuł. Mam nadzieję, że udało mi się wyjaśnić początkowe wątpliwości dotyczące edukacji muzycznej. Postaram się ten temat jeszcze kiedyś poruszyć, na razie jednak sądzę że to co napisałem wystarczy Wam do odpowiedniego wyboru dalszej drogi dla Waszego dziecka. I pamiętajcie: nic na siłę!
Guitar Zone
Copyright © by Krzysztof Inglik
(Quote by Bill Evans)