| "I always thought it was better to not go by what instructional books and teachers say. By doing things on my own, I was able to develop more of an identity as a guitarist." |
| [ Home
| Czytelnia | Warsztat | Forum ] |
|
by Joachim Ernst Berendt/"Wszystko i Jazzie"/PWM1991 opracowali: Robert Wysocki, Krzysztof Inglik "Przed 150 laty przodkowie nasi szli na koncert, żeby posłuchać znakomitych, olśniewających improwizacji Beethovena, Thalberga i Clementiego; jeszcze dawniej spieszyli, aby posłuchać wielkich organistów - Bacha, Buxtehudego, Böhma, Pachelbela, niezapomnianego Samuela Wesleya, chociaż on pojawił się nieco później. My, ludzie dzisiejsi, musimy szukać tego rodzaju rozkoszy muzycznych u Lionela Hamptona, Errolla Gamera, Milta Jacksona, Duke Ellingtona i Louisa Armstronga. Wnioski wynikające z tej osobliwej sytuacji pozostawiam wam..."
Uderza zachodząca dziś sprzeczność między mierzeniem wartości każdego wykonania jego "wiernością wobec dzieła", a więc stwierdzeniem, czy utwór jest grany i śpiewany zgodnie z "intencją" kompozytora, a faktem, że wykonując na przykład koncert Vivaldiego czy sonatę Haendla tak, jak zostały przez nich napisane, "interpretowalibyśmy" tylko mizerny szkielet nutowy tego, co w rzeczywistości było ich intencją; bezkrwisty ideał wierności wobec dzieła zaprzepaszcza całą improwizacyjną siłę i swobodę muzyki Vivaldiego i Haendla i w ogóle całej solowej muzyki barokowej i przedbarokowej. Arnold Dolmetsch powiada, że pomijanie improwizacyjnego ornamentowania zapisanej muzyki jest takim samym "barbarzyństwem", jakim byłby na przykład zamiar ogołocenia późnego gotyku z jego wybujałych elementów dekoracyjnych z racji przyznawania wyższej rangi stylowi prostszemu. Muzyk jazzowy improwizuje w oparciu o dany podkład harmoniczny. Zupełnie to samo czynił Jan Sebastian Bach i jego synowie, wykonując na przykład chaconnę lub arię: improwizowali w oparciu o harmonie, które stanowiły fundament melodii. Cała technika ornamentowania - "ozdabiania" melodii - która przeżyła rozkwit w epoce baroku, ma zastosowanie dzisiaj w jazzie... na przykład gdy Coleman Hawkins gra swe sławne Body and Soul. Bas generalny, organum i cantus firmus powstały w dawnej muzyce przede wszystkim po to, żeby improwizacje podbudować strukturalnie i żeby je ułatwić; podobnie muzycy jazzowi posługują się dziś bluesowymi akordami i formą bluesa, aby podbudować strukturalnie swoje improwizacje. Winthrop Sargeant w tym sensie nazywa harmonikę "controlling structural principle in jazz" - nadrzędną strukturalną zasadą w jazzie.
A więc w jazzie improwizuje się. Lecz problem improwizacji nie ogranicza się do tego stwierdzenia. Od niego się dopiero zaczyna. Stwierdzenie, że w jazzie improwizuje się, jest tak rozpowszechnionym truizmem, iż wielu jazzfanów i laików wyciąga z niego następujący wniosek: jeżeli w utworze jazzowym nie ma improwizacji, to nie jest to jazz. Humphrey Lyttelton, najwybitniejszy w Europie przedstawiciel jazzu tradycyjnego, mówi na to: "Improwizacja w ścisłym znaczeniu komponowania ex tempore, to znaczy bez żadnego przygotowania, okazała się nieistotna i praktycznie nie ma jej w dobrej muzyce jazzowej".
"W owych czasach (1918) nie wiedziałbym, co to jest improwizacja. Ale ozdabianie (embellishment) było terminem, który rozumiałem: I to właśnie robili ci w Nowym Orleanie: ozdabiali". Natomiast "fraza chorusowa", która tworzy nowe linie melodyczne, to sposób improwizowania w nowoczesnym jazzie. Możliwości jej są niemal niewyczerpane. Przykład l ukazuje na najwyższej pięciolinii początek, tematu How High the Moon - najpopularniejszego tematu w okresie bebopu - z przynależnym doń podkładem harmonicznym, a poniżej początki trzech różnych opartych na nim improwizacji, wykonanych przez trzech wybitnych muzyków jazzowych. Nawet nie umiejący czytać nut stwierdzi od razu, że są to trzy całkiem różne linie melodyczne. Jeżeli chodzi o melodię, to między tymi trzema liniami nie ma żadnego związku; wiążą je natomiast harmonie How High the Moon: te trzy tak różne improwizacje opierają się na tym samym podkładzie harmonicznym. Przykład został zanotowany z nagrania, w którym nawet tytuł nie wskazuje na pierwotny temat (How High the Moon). Nagranie - na płytach "His Master's Voice" i "Victor" - nosi tytuł Indiana Winter. Trzy wykorzystane w przykładzie "chorusy" - tak nazywa się improwizacja mająca długość tematu i oparta na jego harmoniach - grane są przez puzonistę Jay Jay Johnsona, trębacza Charlie Shaversa i tenorzystę Colemana Hawkinsa.
Określenie "wy-improwizować" jest ważne. Wyjaśnia ono, że to, co wy-improwizowane, związane jest z kimś, kto wy-improwizował. Nie można tego od niego oddzielić i na przykład po zanotowaniu dać do wykonania któremukolwiek muzykowi; straciłoby wtedy swój charakter, pozostając tylko pustą formułą nutową. W tym punkcie pogłębia się różnica między improwizacją a kompozycją. Muzykę europejską bowiem, jako komponowaną, może reprodukować w sposób nieograniczony każdy, kto posiada umiejętności techniczno-instrumentalne i kto dorósł do zrozumienia danej muzyki. Jazz może reprodukować tylko ten, kto sam produkował. Odtwórca może stać wyżej technicznie i intelektualnie, a mimo to reprodukować nie może. Improwizacja jazzowa jest bowiem indywidualnym wyrazem osobowości improwizującego, jego postawy emocjonalnej i intelektualnej. Pojęcie "improwizacja" jest więc w gruncie rzeczy nieścisłe. Muzyk jazzowy, który stworzył chorus, to jednocześnie improwizator i wykonawca. W jazzie - także jazzie aranżowanym, jak się to później wyjaśni - te trzy właściwości muszą być zespolone, inaczej wartość muzyki będzie wątpliwa. W muzyce europejskiej można je od siebie oddzielić, a wartość muzyki na tym nie ucierpi. Przeciwnie: może nawet zyskać.
Chorus jazzowy staje się sztuczny i nieprawdziwy, gdy odtwarza go ktoś inny. Trudno bowiem wyobrazić sobie - przy wielorakości ludzkich sposobów przeżywania - żeby ten "ktoś inny" odtwarzał chorus w tych samych warunkach, w których improwizował "ktoś pierwszy". Sprzężenie materii dźwiękowej z jej twórcą jest dla improwizacji jazzowej ważniejsze niż całkowita rezygnacja z przygotowania się do niej. Istocie jazzu bardziej zagraża kopiowanie albo naśladowanie niż wypracowanie w wyniku wielogodzinnych, systematycznych przygotowań fraz, które jako wyraz indywidualnej artystycznej osobowości należą do tego, kto je wykonuje. Ten sens mają cytowane uprzednio słowa Humphreya Lytteltona. Shorty Rogers, muzyk tak bardzo odmienny od Lytteltona, to samo ma na myśli, gdy mówi: "Moim zdaniem wszyscy dobrzy muzycy jazzowi są kompozytorami. Za takich uważałem ich w moich aranżach, komponując partie zawierające jedynie wpisane instrukcje. Resztę pozostawiałem spontanicznym kompozytorskim zdolnościom ludzi i łączącemu nas (tzn. aranżera i improwizatorów) poczuciu stylu". Sformułowanie "spontaniczne kompozytorskie zdolności" wyraża w inny sposób tożsamość improwizatora, kompozytora i wykonawcy. Mówiąc o improwizacji w jazzie, mamy na myśli tę właśnie - i tylko tę! - tożsamość improwizatora, kompozytora i wykonawcy, a nie dzikie i bezładne granie ex tempore. Improwizator jest zarazem kompozytorem i wykonawcą, o czym musi też pamiętać aranżer, którego sytuacja - niezależnie od tego, że pomaga on wprowadzić porządek między partiami improwizowanymi a wy-improwizowanymi - znajduje uzasadnienie w większych niż u spontanicznie improwizującego solisty możliwościach uczynienia zadość postulatowi identyczności improwizatora, kompozytora i wykonawcy. Jack Montrose, jeden z czołowych aranżerów jazzu west coast, powiada:
Możemy zestawić sześć punktów ujmujących problem improwizacji w jazzie:
|
| Guitar
Zone Copyright © by Krzysztof Inglik (Quote by Chuck Schuldiner) |