| "Opinions are like assholes . . . everyone's got one." | ||||
| [ Home | Czytelnia | Warsztat | Forum ] | ||||
by Dariusz Brzostek opracował: Robert Wysocki Każdy miłośnik gitary bez trudu wymieni wiele nazwisk największych tuzów gitary rockowej, jak Jimi Hendrix czy Jimmy Page, bluesowej - B.B. King, John Lee Hooker, czy wreszcie jazzowej - John McLaughlin, Al DiMeola, Larry Coryell, Pat Metheny etc. Oprócz tych "gwiazd pierwszej wielkości", czy też może raczej obok nich, istnieje jednak wcale pokaźne grono muzyków nagrywających dla stosunkowo nielicznej, acz wiernej, grupy słuchaczy. Twórcy ci, niezabiegający nadmiernie o popularność lub wręcz ostentacyjnie ją lekceważący, wnieśli jednak, trudny do przecenienia, wkład w rozwój nowoczesnego języka gitary, zwłaszcza w sferze improwizacji. Ich nieortodoksyjne, niekiedy intuicyjne podejście do instrumentu wyznaczyło zakres poszukiwań muzycznych kolejnych pokoleń gitarzystów, często także tych mieszczących się bez problemu w popkulturowym mainstreamie. Przyjrzyjmy się więc choćby kilku najbardziej wpływowym i niepokornym muzykom z tej grupy. Ponieważ zaś jakakolwiek próba segregowania, bądź grupowania tak odmiennych twórców musiałaby skończyć się fiaskiem, odwołajmy się tutaj do sprawdzonego chwytu, znanego z tytułu doskonałej płyty Petera Kowalda - Duos: Europa, America, Japan. Wyznam na wstępie, aby uniknąć nieporozumień, że wyrażone w tym tekście poglądy są skrajnie subiektywne, nie mają też charakteru sądów wartościujących ("inny" nie znaczy więc "lepszy"). Także użyte w tytule słowo "historia" niewiele ma wspólnego z potocznie pojmowanym dziejopisarstwem; "historia" znaczy w tym kontekście tyle co "opowieść". Niech więc będzie "inna opowieść o gitarze", lub, może nawet lepiej, "opowieść o innej gitarze".
Europejscy innowatorzy gitary tworzą dość swoistą grupę twórców na scenie muzyki improwizowanej. Przy wszystkich, nierzadko kolosalnych, różnicach łączy ich bowiem jedna, dość charakterystyczna cecha. Jest nią, godna uwagi i refleksji, niechęć do bluesowego dziedzictwa jazzu i rock'n'rolla. Jest to niechęć zdumiewająca i niekiedy wręcz ostentacyjna, przeradzająca się w unikanie bluesowych wpływów i dążenie do przezwyciężenia rhythm'n'bluesowych korzeni muzyki improwizowanej. Owocuje to często poszukiwaniami zastępczych źródeł inspiracji we współczesnej kameralistyce czy muzyce etnicznej Bliskiego i Dalekiego Wschodu, co nie pozostaje bez wpływu na specyfikę europejskiej sceny improwizatorskiej. Prezentacje sylwetek europejskich muzyków wypada nam rozpocząć od twórcy, którego pojawienie się w tym kontekście może wydać się dość zaskakujące. Jego nazwisko związane jest bowiem nierozerwalnie z zespołem ustanawiającym niegdyś kanony tzw. "progresywnego rocka", który, jak wiemy z doświadczenia, z eksperymentowaniem niewiele miał wspólnego, zatracając się całkowicie w pompatycznych przerostach formy, mających być gwarancją muzycznej awangardowości i postępowości. Mowa tu, rzecz jasna, o założycielu Pink Floyd - Sydzie Barrecie. O przyznanie mu należnego miejsca w historii nowoczesnej gitary elektrycznej dopominał się niejednokrotnie w swych esejach muzyk i krytyk tak wybredny jak Chris Cutler. Nagrania Barretta przypominają bowiem nieustannie, że gitara elektryczna to instrument pozbawiony precedensu w historii muzyki, instrument niepokorny i drapieżny, gotów w każdej chwili, w sposób nagły i niekontrolowany eksplodować hałasem, kakofonią przypadkowych dźwięków, rozsadzających ostatecznie i nieodwołalnie ramy kompozycyjne utworu. Tak, jak dzieje się to choćby w jednej ze sztandarowych kompozycji Barretta "Interstellar Overdrive", pochodzącej z najciekawszego, pierwszego longplaya Pink Floyd "The Piper at the Gates of Dawn". Znamienne jest zresztą, iż wyjątkowość pomysłów muzycznych Pink Floyd skończyła się wówczas, gdy ekstrawagancka i hałasująca gitara Barretta została zastąpiona łkającą melodyką Davida Gilmoura, co ostatecznie zaprowadziło ów obiecujący zespół w okolice niespotykanej wręcz nudy i twórczej impotencji. Barrett nie był jednak w Wielkiej Brytanii ani pierwszym, ani też jedynym muzykiem eksplorującym nieokreślone jeszcze wówczas możliwości gitary elektrycznej. Człowiek, któremu chciałbym w tym miejscu poświęcić kilka zdań, należy do największych osobowości muzyki improwizowanej i bez wątpienia zasługuje na osobny obszerny tekst. Derek Bailey, bo o nim mowa, jest obok Evana Parkera i Johna Stevensa jednym z założycieli brytyjskiej sceny free improvisation. Pod koniec lat 60. Bailey współtworzył owianą legendą formację Spontaneous Music Ensemble, która dokonała wówczas, pozbawionej precedensu, fuzji free jazzu, współczesnej kameralistyki oraz wyzwolonej improwizacji. Artysta ten był także jednym z pionierów preparowania gitary, dokonywanego na wzór Cage'owskich preparacji fortepianu, co zapewniło mu poczesne miejsce w kręgu najwybitniejszych innowatorów techniki gitarowej. Derek Bailey w toku swej długiej kariery nagrywał niemal ze wszystkimi ważnymi postaciami muzyki improwizowanej, saksofonistami Peterem Brotzmannem, Evanem Parkerem, Anthony Braxtonem i Johnem Zornem, perkusistami Hanem Benninkiem i Jaime Muirem (znanym z King Crimson), a także z Min Xiao-Fen, Cecilem Taylorem i Patem Methenym. Płyta "Music and Dance" dokumentuje wspólny występ z tancerzem Min Tanaką, podczas którego obaj artyści penetrują przestrzeń artystyczną rozciągającą się między muzyką, baletem i działaniami parateatralnymi. Grę Baileya cechuje niezwykle agresywny atak na gitarowe struny, unikanie powtórzeń oraz dość swoiste i niepowtarzalne podejście do brzmienia instrumentu, co sprawia, że jego styl zmierza w stronę niemal całkowitej muzycznej abstrakcji. Melodia zaś z całą pewnością nie należy do szczególnie istotnych pojęć w Baileyowskim słowniku gitarowym. Na dodatek styl angielskiego mistrza znosi całkowicie rozróżnienie między akompaniamentem a partią solową. Bailey jest, jakże mogłoby być inaczej, twórcą płodnym oraz inspirującym i niezwykle wpływowym, piętno jego koncepcji muzycznych znaleźć można u wielu eksperymentujących gitarzystów od Henry'ego Kaisera po Marca Ribota. Lata 90. to renesans twórczości Baileya. Odkryty po raz kolejny i promowany przez muzyków nowojorskich, głównie Zorna i Laswella, brytyjski instrumentalista nagrywa wiele doskonałych albumów. Wspólnie z Johnem Zornem i Williamem Parkerem rejestruje "Harras", dość karkołomny popis możliwości nieortodoksyjnego jazzowego tria (gitara, kontrabas, saksofon altowy). "The Last Wave" to z kolei, nagrany w towarzystwie Laswella i Tony'ego Williamsa manifest elektrycznego fusion, zrodzonego w duchu free improvisation. Bailey współpracował także ostatnio z harmolodyczno-funkującą sekcją rytmiczną Weston-Tacuma ("Mirakle"), noisowym duetem Ruins ("Saisoro") oraz DJ Ninjem ("Guitar, Drum'n'Bass"). Last but not least, niezmordowany Derek Bailey nagrał w minionym roku dla Tzadika płytę "Ballads" z własnymi, akustycznymi interpretacjami klasyków, takich jak "Georgia on My Mind". Na wszystkich tych płytach gitara Baileya brzmi z niespotykaną mocą, a jego niespożyta inwencja sprawia, że to nie "młodzi gniewni", lecz ów starszy pan wprowadza improwizującą gitarę w nowe tysiąclecie. Wielka Brytania wydała jeszcze co najmniej jednego wybitnego innowatora gitary. Fred Frith należy do tego nielicznego grona eksperymentatorów, którzy doczekali się zaszczytnego (?) miana klasyków awangardy. Jego dorobek muzyczny i teoretyczny jest zaiste imponujący i w znacznym stopniu wykracza poza dekonstrukcję gitarowych szablonów, obejmując także projekty stricte kompozytorskie, kameralistyczne, muzykę filmową itp. Frith zdobył uznanie na początku lat 70. jako gitarzysta legendarnej formacji Henry Cow oraz współzałożyciel frakcji Rock in Opposition, zrodzonej ze sprzeciwu wobec kultu popkulturowych gwiazd oraz ogłupiających ekscesów tzw. "rocka symfonicznego". Jego gitarowe eskapady przypominały wówczas klasycyzujące koncepcje muzyczne Roberta Frippa, zdradzając jednak niewątpliwie odmienne źródła inspiracji.Z czasem jednak Frith zmienia i ekstremalizuje środki ekspresji, zmierzając w stronę "swobodnej improwizacji" oraz wykorzystania "czystego hałasu". Dowodem na to są zarówno, nagrane wespół z Tomem Corą, płyty Skeleton Crew, jak i, przede wszystkim, debiutancki album grupy Massacre "Killing Time", na którym w towarzystwie Billa Laswella i Freda Mahera Frith wykorzystuje rockową motorykę do budowania grupowych improwizacji, zapoczątkowujących stylistykę noise. Świadectwa tych przemian oraz twórczych poszukiwań własnego języka muzycznego odnajdziemy także na licznych solowych płytach Fritha. Wspomnijmy tylko cykl "Guitar Solos", dokumentujący konfrontacje artysty z takimi mistrzami gitary jak Bailey, Henry Kaiser, Hans Reichel czy Eugene Chadburne, oraz płytę "Gravity", na której Frith, jak sam utrzymuje, eksperymentował z muzyką taneczną. Nierzadko kompozycje Freda Fritha wyrastają z ducha ludowej improwizacji, co nadaje im dodatkowy wymiar - ironicznego dystansu, wzbogacając drapieżna gitarowe frazy szczyptą poczucia humoru. W latach 90. twórca powraca z projektem Massacre (z Laswellem i Charlesem Haywardem na perkusji) oraz rozlicznymi formacjami gitarowymi, nagrywając w duetach, triach i kwartetach. Rozwija także działalność kompozytorską i teoretyczną, stając się jedną z czołowych postaci współczesnej muzycznej awangardy. Hans Reichel, bez wątpienia najmniej popularny spośród prezentowanych tu europejskich instrumentalistów, jest zarazem muzykiem, do którego najbardziej chyba pasuje określenie "gitarzysta totalny". I rzecz nie tylko w podejściu do instrumentu, czy też w sposobie gry na nim. Reichel bowiem, będąc zarazem lutnikiem, nieustannie poszukuje takiego instrumentu, który sprostałby jego wyobrażeniom o gitarze. Owocem tych eksperymentów są instrumenty (czy to jeszcze są gitary?) skonstruowane samodzielnie, według pomysłu twórcy, mające odpowiadać jego technice gry i oczekiwaniom brzmieniowym. Hans Reichel zaś, gitarzysta obdarzony błyskotliwą, wirtuozowską techniką, porusza się z niesłychaną swobodą w najróżniejszych stylistykach, imitując przy tym brzmienia rozmaitych instrumentów strunowych: koto czy sitaru. Zwracającym szczególną uwagę patentem Reichela jest również symultaniczna gra na dwóch gitarach, nawiązująca do saksofonowej ekwilibrystyki Ronalda Kirka, technika ta była zresztą później wykorzystywana z powodzeniem także przez Freda Fritha. Płyty rejestrujące muzyczne poszukiwania artysty ("Death of the Rare Bird Ymir", "The Dawn of Dachsman") sprawiają często wrażenie zarejestrowanych przez gitarowe duety i tria. Hans Reichel nagrywa je zwykle sam, na żywo i bez dodatkowej obróbki studyjnej. All tracks were recorded in real time - no dubs, effects, etc. being used.
Muzycy amerykańscy wykazują zwykle niemal nieobecne u ich europejskich kolegów silne przywiązanie do bluesowych korzeni. To właśnie blues staje się dla nich podstawą, na której organizują swój muzyczny język. I choć fundament ten ulega przeważnie daleko posuniętym przekształceniom, by nie rzec - destrukcji, to jednak wielu amerykańskich improwizatorów zdradza wyraźne wpływy gitarowej sztuki Roberta Johnsona i jego następców. Kraj, który zrodził takie gitarowe sławy, jak Hendrix czy Frank Zappa, wydał też instrumentalistów, których związki z muzycznym mainstreamem były dużo chłodniejsze. Jedną z takich postaci, zasługujących na najwyższą uwagę, jest Sonny Sharrock, który poza współpracą z Milesem Davisem i Pharoahem Sandersem miał na swym koncie także udział w najbardziej bodaj rebelianckiej formacji freejazzowej (czy to aby jeszcze adekwatne określenie?) Last Exit. W grupie tej saksofon Petera Brotzmanna skonfrontowany został z bluesowo-funkową sekcją Laswell-Shannon Jackson oraz z gitarą Sharrocka. Last Exit jako jedna z pierwszych grup zaprezentowała i uprawomocniła w muzyce improwizowanej estetykę "czystego hałasu", nieskrępowanego emitowania energii, rozwijajqc w ten sposób wcześniejsze o dekadę pomysły Brotzmanna. Sonny Sharrock, gitarzysta wyrastający z tradycji bluesowej nieustannie ją jednak przekraczał, z pełną premedytacją zmierzając bądź to ku hendriksowskim eksperymentom brzmieniowym, bądź też ku Baileyowskiej "swobodnej improwizacji". Muzykiem, o którym nie wypada nie wspomnieć w interesującym nos kontekście, jest Lou Reed - współzałożyciel the Velvet Underground i pionier gitarowych eksperymentów z estetyką hałasu. Już w czasach the Velvets partie solowe gitary Reeda, w utworach takich, jak "European Son" i "Sister Ray", oscylowały wokół "swobodnej improwizacji", nieskrępowanej ekspresji oraz nieposkromionego generowania "brudnych dźwięków". Reed chętnie wspominał wówczas o freejazzowych inspiracjach, doceniając zwłaszcza dokonania Ornette Colemana (klika lat później, na płycie "Dark Magus" Miles Davis będzie się starał upodobnić brzmienie trąbki do brzmienia przesterowanej gitary Hendrixa - jazzowo-rockowe fascynacje zatoczą więc krąg). Przełomem w dorobku lidera the Velvet Underground miała jednak stać się nagrana w roku 1975 płyta "Metal Machine Music", opatrzona podtytułem "An Electronic Instrumental Composition". Potraktowany wówczas przez krytyków i znaczną część publiczności jako ekscentryczny wybryk album ten stał się w świecie współczesnej muzyki pozycją absolutnie pozbawioną precedensu, a skandal, jaki wywołało jego pojawienie się, porównywano nawet do tego towarzyszącego premierze "Święta wiosny" Igora Strawińskiego. Po raz pierwszy gitara elektryczna, zwłaszcza zaś jej przetworniki, zostały wówczas wykorzystane wyłącznie w celu stworzenia skrajnego, pozamuzycznego hałasu, nawarstwiających się dźwiękowych brudów i sprzężeń, poddanych dodatkowo kompresji i dalszej obróbce. Nie bez powodu na okładce płyty miało znaleźć się retoryczne pytanie: No instruments?
Wsłuchując się uważnie w dokonania sporego grona najciekawszych japońskich gitarzystów (K.K. Null, Kido Natsuki), można dojść do uzasadnionego przekonania, że stylistyką, która zdeterminowała kształt gitarowych eksperymentów w Kraju Kwitnącej Wiśni, jest noise. I to zarówno ten nowojorski, zapoczątkowany przez Massacre i wczesne nagrania The Swans i Sonic Youth, jak i ten nowszy chicagowski. Nie może więc dziwić, iż ślady tej "estetyki hałasu" odnajdziemy także u najwybitniejszych japońskich innowatorów gitary. Keiji Haino to bodajże największa legenda japońskiej awangardy. Muzyk, który wespół z takimi twórcami, jak Otomo Yoshihide, Masami Akita i Tatsuya Yoshida "zapracował" na powszechną opinię, iż japońscy eksperymentatorzy to skrajni ekstremiści, a ich muzyczne projekty nieodmiennie zmierzają ku skrajnościom. Sam Haino utrzymuje w udzielanych sporadycznie wywiadach, że inspiruje go blues, przyznaje się też chętnie do wpływu, jaki miał nań wywrzeć Syd Barrett. Wszystko to jednak niewiele mówi o stylu wypracowanym przez Haino w ciągu lat eksperymentów i medytacji. Być może nieco bardziej przybliża nam jego muzyczne koncepcje sławetne stwierdzenie o "aktach skrajnej przemocy, dokonywanych na gitarze". Sztandarowa formacja Haino - Fushitsusha, dostarcza niemało dowodów na to, iż muzyk ten, deklarując "gitarową przemoc", w istocie nie zamierzał kłamać. Artysta ów z upodobaniem nagrywa też albumy solowe, na gitarę i głos. Demonstrowane przez Haino eksplozje dźwiękowe oscylują zwykle między cięciami samurajskiej katany a muzycznymi abstrakcjami Dereka Baileya. Na tym tle szczególne miejsce zajmuje album Unclear Trail: More Than This, nagrany z sekcją rytmiczną Masady, gdzie mamy okazję posłuchać "swingującego" Haino, choć oczywiście pojęcie "swingu" jest w tym kontekście li tylko metaforyczne. Kazuhisa Uchihashi, znany z występów w Polsce, gitarzysta współpracujący niegdyś z formacją Otomo Yoshihide Ground Zero, jawi się jako jedna z najjaśniejszych postaci na japońskiej scenie muzyki eksperymentalnej. Kazuhisa ma na swoim koncie współpracę z największymi osobowościami free improvisation, jak John Zorn czy Hans Reichel. Jego grę, niezwykle ekspresyjną, ale też bogatą w rozmaite środki ekspresji możemy usłyszeć m.in. na klasycznej już płycie zawierającej japońską wersję słynnej Zornowskiej "Cobry (Tokyo Operations '94)", gdzie gitara Uchihashi swym brzmieniem przypomina niekiedy dokonania Roberta Frippa. Z własnym projektem Altered States Kazuhisa Uchihashi penetruje zaś różne strefy muzyki improwizowanej, ze szczególnym upodobaniem do stylistyki noise (zwłaszcza zaś do brzmienia znanego dobrze z debiutu Massacre "Killing Time"), co nie oznacza wcale, iż w dorobku tego muzyka nie znajdziemy także wycieczek w inne rejony. Dowodem na to choćby płyta "Altered states plays standards", z interpretacjami, rzecz jasna dość nieortodoksyjnymi, jazzowych klasyków Gillespiego, Ellingtona, Adderleya i Rollinsa. Poczesne miejsce w panteonie największych osobowości na japońskiej scenie muzyki improwizowanej zajmuje także Otomo Yoshihide. Artysta ów jest jednak przede wszystkim błyskotliwym konceptualistą, w mniejszym zaś stopniu innowatorem gitary. Jego muzyczne koncepcje zawdzięczają wiele pomysłom Christiana Marclaya oraz współpracy Yoshihide z Johnem Zornem i Lawrencem D. Butchem Morrisem, co nie pozostało także bez wpływu na sposób, w jaki artysta ten wykorzystuje w swoich nagraniach możliwości oferowane przez gitarę elektryczną. I nie chodzi tu wcale wyłącznie o kumulowanie hałasu, które wielu słuchaczom kojarzy się nie tylko ze stylistyką charakterystyczną dla Ground Zero, ale też z japońską muzyką improwizowaną w ogóle.
Kolejnym punktem zwrotnym w dziejach gitary wydają się rozmaite, choć w istocie dość zbliżone, koncepcje, opierające się na założeniu, iż instrument ten może zostać sprowadzony do funkcji li tylko "generatora dźwięku", źródła materii dźwiękowej podlegającej dalszej elektronicznej obróbce, z której wyłaniają się formy muzyczne diametralnie różne od tego, co zwykliśmy określać mianem muzyki gitarowej. Pomysły te zawdzięczają wiele pomysłom Roberta Frippa i Briana Eno oraz opatentowanej przez nich technice frippertronics, polegającej na multiplikowaniu ścieżek gitary za pomocą magnetofonów sprzężonych z instrumentem, a także ideom Richarda Pinhasa, znanym m.in. z płyt Heldon. Fripp był też jednym z pionierów w zakresie wprowadzenia doświadczeń balijskiego gamelanu do techniki gitarowej, co zaowocowało m.in. zbliżeniem muzyki rockowej do założeń minimal music, czerpiącej z podobnych źródeł. Te pierwotne próby wykorzystania gitary jako źródła dźwięków o "niegitarowym" charakterze stały się istotnym i niewątpliwym punktem odniesienia dla twórców obracających się w kręgu muzyki elektroakustycznej oraz mikrotonalnej, łączących gitarowe eksperymenty z wpływami "nowej, wyzwolonej elektroniki", techniką samplingu etc. Najbardziej charyzmatycznymi i znaczącymi artystami w tym nurcie są Jim O'Rourke, Fennesz czy Kevin Drumm, skupieni wokół wytwórni Mego i prezentujący nierzadko zgoła futurystyczne podejście do instrumentu oraz jego możliwości, przede wszystkim brzmieniowych. W ich propozycjach muzycznych owocują, oprócz wskazanych powyżej, także eksperymenty Lou Reeda z czasów "Metal Machine Music", pionierskie próby preparowania gitary, podejmowane przez Keitha Rowe'a z grupy AMM oraz doświadczenia japońskich ekstremistów sceny noise, z Merzbowem na czele. W ten sposób gitara traci swój prymarny charakter instrumentu muzycznego, stając się po prostu jeszcze jednym źródłem dźwięku, którego dalsza preparacja staje się domeną bądź to kompozycji, bądź też swobodnej improwizacji (z przewagą tej ostatniej). Gitara, zwłaszcza elektryczna, czy też ostatnimi czasy, preparowana elektronicznie stała się z biegiem lat jednym z najczęściej wykorzystywanych i najbardziej ekspansywnych instrumentów we wszystkich niemal odmianach muzyki imiprowizowanej, przejmując w pewnym stopniu schedę po saksofonie. Jej, właściwie nieograniczone, możliwości brzmieniowe, zdolność generowania ekstremalnego hałasu, ale też budowania subtelnego, przestrzennego tła dźwiękowego zostały zauważone i docenione przez wielu nietuzinkowych instrumentalistów, których dokononia wyzwoliły gitarę ze skostniałych szablonów i schematów. Zaowocowało to nie tylko wieloma znakomitymi albumami, ale też otworzyło nowe perspektywy przed muzykami sięgającymi po ten instrument. Gitara elektryczna stała się w ten sposób poręcznym i charakterystycznym narzędziem improwizacji w dobie industrialnego zgiełku i powszechnej "elektryfikacji" życia. Jak zaznaczyłem na wstępie rozważań, dobór sylwetek artystów był czysto subiektywny i nie pretendował do miana syntezy zjawiska, jakim jest bez wątpienia w muzyce współczesnej "eksperymentalna gitara". Zabrakło tu więc, z oczywistych powodów objętościowych, miejsca dla wielu znakomitych instrumentalistów, takich jak choćby Bill Frisell, David Torn, Robert Quine, Scott Fields czy wreszcie największy awangardowy prześmiewca Eugene Chadburne, by wymienić tylko kilku przemilczanych. Tych zaś, których pozwoliłem sobie pokrótce zaprezentować, zapewne wiele dzieli. Różni ich bowiem często narodowość, pokolenie, styl gry i brzmienie instrumentu. Wydaje się jednak, że dużo więcej ich łączy - nonkonformizm, brak uległości wobec przemijających mód i trendów, brak troski o tanią popularność; łączy ich także artystyczna otwartość i niespożyta inwencja w poszukiwaniu nowych, własnych środków wyrazu, niezgoda na marazm i stagnację. I chyba dlatego warto o nich pamiętać, zwłaszcza w czasach, gdy media, koncerny fonograficzne i "łowcy talentów" serwują nam bez końca wciąż nowych wirtuozów, jeszcze szybszych, jeszcze doskonalszych, jeszcze lepiej wyprodukowanych i coraz bardziej nudnych. | ||||
| Guitar Zone Copyright © by Krzysztof Inglik (Quote by Art Blakey) |