[ Home | Czytelnia | Warsztat | Forum ]

Powrót do czytelni
:: Język improwizacji ::

by
Les Wise

 przetłumaczył Dzięcioł

(Wstęp do książki "Biblia Bebopu")

Muzyczna improwizacja... Powiedzmy sobie czym ona nie jest. Nie jest to podarowana przez Boga, zdolność do wymyślania melodii z powietrza. Nie jest to błysk pioruna, pozwalający komuś być niesamowitym solistą. Nie jest to boski dar, który tylko niektórzy z nas mogą posiąść, gdyż są wyjątkowi. Czym w takim razie jest improwizacja? Jest to spontaniczna reorganizacja. Pomyślcie przez chwilę co znaczą te dwa słowa. Innymi słowy jest to "rearanżacja czegoś co już istnieje." Improwizacji uczymy się w taki sam sposób jak języka, ponieważ muzyczna improwizacja jest językiem. Wszyscy posiadamy zdolność do nauki improwizacji, jest to po prostu kwestia właściwego podejścia.

Przyjrzyjmy się czym jest język. Kiedy mówimy, nie wymyślamy na bieżąco słów, które płyną z naszych ust. One już istnieją. Podobnie kiedy gramy solo używamy patentów i pomysłów, które już istnieją w muzycznym języku.

Mówi się, że przeciętny absolwent szkoły wyższej zna około 15 tys. słów. Mimo to dwie indywidualności mogą wyrazić kompletnie różne pomysły, myśli i opinie używając tego samego zbioru słów. Dlaczego tak jest? Po prostu z powodu ułożenia tych słów w różnych kolejnościach. Skoro wszyscy poruszamy się wewnątrz tego samego podstawowego zakresu słownictwa, istnieje więc określony porządek w jakim układamy słowa, który daje naszej osobowości unikalność, którą możemy nazywać naszą własną.

Kiedy mówimy, zwykle robimy to tak intuicyjnie, że wydaje się to automatycznym procesem. Mimo to jeśli cofniemy się w czasie i prześledzimy rozwój naszego słownictwa, zobaczymy, że nie zawsze tak było. Proces nauki improwizacji jest prawie taki sam. Pozwólcie, że zwróce uwagę kilka podobieństw.

Nasza mowa, zanim trafiliśmy do szkoły, rozwijała się przez naśladownictwo. Nasi rodzice wypowiadali słowo bądź zdanie, a my po prostu powtarzaliśmy. W ten sam sposób, zanim kiedykolwiek mieliśmy nauczyciela muzyki, albo wiedzieliśmy cokolwiek o muzyce, po prostu powtarzaliśmy dźwięki. Mogliśmy usłyszeć melodię w telewizji, bądź reklamie radiowej i próbować zagrać tą melodię na naszym instrumencie.

W pierwszej klasie nauczyliśmy się słowa. Nie tylko nauczyliśmy się jak je wymawiać, ale także jak poszczególne litery symbolizują głoski, które tworzą słowo. Nauczyliśmy się jak je wymawiać i zapisać na tablicy. Aby przejść później do bardziej skomplikowanych rzeczy, musieliśmy wpierw dowiedzieć się jakie jest znaczenie słowa i jak go użyć w zdaniu. Analogia do naszego instrumentu jest prawie oczywista. Podczas naszych lekcji muzyki zaczęliśmy poznawać akordy, skale i arpeggia. Uczyliśmy się z jakich dźwięków się składają, jak brzmią i gdzie się ich używa. Sprawdzianami dla nas jako muzyków były występy przed publicznością - rodzicami lub przyjaciółmi. W szkole sprawdzianem było dla nas było przeczytanie naszego wypracowania z nowymi wyrazami przed resztą klasy.

Na początku szkoły średniej kolejne porcje wiadomości zwiększały naszą znajomość języka angielskiego. Jestem pewnien, że wszyscy musieliśmy zapamiętać budowę i rozkład zdania na części - czyż nie było to po prostu mnóstwo zabawy? Różne rodzaje linii i strzałek wskazywały we wszystkich kierunkach słowa i ich powiązania ze sobą. Kompletnie zmieszani myśleliśmy sobie: "a więc to reprezentuje intuicyjną mowę ludzi komunikujących się ze sobą? Jak coś tak zagmatwanego i sformułowanego może być częścią tak prostej codziennej komunikacji?" Mimo to w miarę jak poznawaliśmy język formuła stawała się coraz bardziej i bardziej przejrzysta, a w miarę dalszej edukacji poznawaliśmy kolejne słowo za słowem, wyraz za wyrazem. Raz na jakiś czas pojawiało się coś z angielskiego, trochę z matematyki, trochę z historii i czasem jakiś termin naukowy. Nasze słownictwo rozrastało się ogromnie i zwykle bez większego wysiłku.

Teraz wyobraźcie sobie horror, że w pierwszym dniu w nowej szkole, nauczyciel wita was trzymając w ręku grubą książkę i mówiąc: "Ta oto książka zawiera 15 tys. słów, które musicie znać, kończąc 12-tą klasę." Chcielibyście pewnie natychmiast stamtąd zwiać do domu. Mimo to na szczęście tak się nie stało i zamiast tego poznawaliśmy nowe słowa co jakiś czas. Nasza werbalna komunikacja była naturalnym, rozwijającym się, intuicyjnym procesem.

W miarę jak coraz to nowe wyrazy wkraczały do naszego słownika, proces ten stał się tak subtelny, że prawie nigdy nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie kikedy i gdzie nauczyliśmy się określonego słowa. Weżmy na przykład nazwę "aluminium". Kiedy się jej nauczyliście? Może w 3-ciej klasie? Może w 5-tej? A może w 8-ej? Szanse, że pamiętacie są znikome. Kiedy szliście przez życie, przyswajając sobie nowe słowa, nie przejmowaliście się nimi, tylko pojmowaliście je, otaczaliście się nimi i budowaliście wokół nich całe swoje życie. Subtelnie wkradały się one do waszego słownictwa i zaczynaliście używać ich intuicyjnie i automatycznie.

Wyobraźmy sobie trochę mnniej automatyczne użycie komunikacji. Przypuśćmy, że trafiliście do Rosji i na ulicy zaczepił was Rosjanin. Pięć rosyjskich słów, które zapamiętaliście podczas podróży, musi wam wystarczyć, aby się porozumieć. Czy teraz nie wydaje się wam, że wasza rozmowa zabrzmiałaby raczej sztucznie i mechanicznie? Czy byłaby pełna wyrazu, intuicyjna i automatyczna? Te pięć słów, które znacie byłyby nadużywane, stosowane niepoprawnie i kompletnie by się wyczerpały w przeciągu minuty. Nie mówiąc już o ogromnym wysiłku włożonym w ustawienie tychże słów w miarę spójnej kolejności. A teraz gdybyście znali te 15 tys. rosyjskich słów, moglibyscie się zrelaksować i spokojnie porozmawiać. Proces aranżacji tych słów nie byłby juz wcale kombinowany, ale kompletnie automatyczny, czy też - wyimprowizowany.

Budujemy nasze słownictwo na naszych instrumentach zupełnie tak samo, jak słownictwo języka angielskiego. Powoli i stopniowo poznajemy nowe zagrywki. Niektóre znajdujemy w nutach, niektórych uczymy się z płyt a jeszcze inne kopiujemy od kolegi. Używamy tego, co już zostało stworzone - kopiujemy i naśladujemy. Możesz zapytać: "Jak więc mogę być oryginalny i mieć swój własny styl skoro naśladuję innych?" W takim razie pozwól mi spytać: "Czy odrzuciłeś pierwsze słowa jakie usłyszałeś od rodziców, ponieważ tworzyłeś swój własny język?" Oczywiście, że nie. Nie buntowałes się przeciwko temu, że obiekt, który ci wsadza jedzenie do buzi nazywa się łyżką. Nasza własna osobowość wyraża się w kolejności w jakiej układamy słowa, które wszystkim są znane. W muzyce możemy zagrać coś co wydaje się kompletnie nowe i unikalne. Ale w rzeczywistości jest to kombinacja pomysłów, które już znamy. Mogą to być cztery kolejne nutki, których nauczyliśmy się trzy lata temu zmieszane z fragmentem zagrywki, którą wyciągneliśmy w zeszłym tygodniu z płyty. Gramy ten pomysł, w przekonaniu, że wpadliśmy na coś zupełnie nowego i w pewnym sensie tak jest. Jest to reorganizacja tego co już istnieje.

Spójrzmy teraz na inny sposób, w jakim poszerza nasze słownictwo. Czy siedzieliście kiedyś w gronie znajomych, gdy nagle ktoś użył słowa, które przykuło waszą uwagę? Nie znaliście jego dokładnego znaczenia, ale wiedzieliście, że gdzieś już je słyszeliście i teraz w kontekście zdania, które padło w dyskusji, natychmiast zrozumieliście znaczenie tego słowa. Być może w tej samej chwili zdaliście sobie sprawę, że podoba się wam to słowo, odnotowaliście w pamięci jego znaczenie, po czym zupełnie wyleciało wam z głowy. Następnego dnia rozmawialiście z kolegą i nagle "bum" - użyliście tego samego słowa. Kiedy posiądziecie się już biegłość w języku improwizacji, zajdzie taki sam proces. Wejdziecie na estradę, nie wiedząc, co będziecie grać i pomysły same posypią się jak z rękawa. Zapamiętacie frazę jaką w zeszłym tygodniu zagrał pianista i potem odnajdziecie ją we własnej grze. Będziecie znali mnóstwo patentów, sztuczek i kombinacji pomysłów na zagranie tej samej zagrywki, która siedzi gdzieś w waszej podświadomości. Równie dobrze będziecie mogli zagrać parę nutek z tej samej frazy i przemieszać je z zupełnie inną, którą pięć lat temu skopiowaliście od saksofonisty. Muzyczne pomysły są już powołane do istnienia, ale sposób w jaki przedstawiasz te pomysły określa twój własny styl i osobowość, tak samo jak kiedy mówisz. Twoja niepowtarzalna osobowość jest sposobem w jaki składasz razem te wszystkie pomysły.

Improwizacja muzyczna jest językiem, tak samo jak angielski, francuski, hiszpański i niemiecki są językami. Trzeba się jej nauczyć. Oczywiście może być i na pewno będzie odczuwana jako "improwizowana", ale najpierw musi zostać opanowana w taki sam sposób, w jaki uczyliśmy się ojczystej mowy i dokładnie w taki sam sposób w jaki uczylibyśmy się jakiegokolwiek nowego języka. Każde słowo to zarazem wymowa, pisownia, znaczenie, właściwe użycie, itd. Brzmi ono swobodnie i łatwo, ale ta biegłość jest nabywana przez całe życie. Każda nowa zagrywka to zarazem - dźwięki jakie ją tworzą, wiedza gdzie jej używać, co mówi i wyraża. Aby rozwinąć umiejętność komunikowania się na naszym instrumencie, rozwijamy nasze słownictwo muzyczne. Aby powiększać słownictwo muzyczne, uczymy się nowych fraz. Gramy je w kółko, aż stają się zwyczajem - dopóki nasze palce nie nauczą się grać niezależnie od świadomości - dopóki nie będziemy w stanie ich zagrać obudzeni w środku nocy, z instrumentem bądź bez. Powtarzamy. Skąd je bierzemy? Wyciągamy z płyt, podpatrujemy u znajomych, znajdujemy w nagraniach przyjaciół. Z transkrypcji, z innych instrumentów, pojedyncze słowa lub frazy w jednym czasie. Potem następne i następne. To jest proces, w którym uczymy się i rozwijamy język improwizacji.

Guitar Zone
Copyright © by Krzysztof Inglik
(Quote by Art Tatum)